niedziela, 31 maja 2015

Rozdział 6 - Walka

Mężczyzna wszedł do pokoju, w którym od dłuższego czasu krzątała się Marion, przeglądająca sterty dokumentów. Zdobiły one nie tylko biurka, ale i wszystkie półki w pomieszczeniu. Była lekko zdenerwowana, chociaż nie dawała tego po sobie poznać.
Ikar podszedł do niej i powiedział:
— Marion…
Lecz ta nie dała mu skończyć. Wepchnęła mu w ręce górę papierów i skierowała do wyjścia.
— Nie chcę o tym rozmawiać – oświadczyła, prowadząc go przez zakamarki swojego domu. Ten skinął głową i nie poruszał więcej tego tematu. Sam chciał zrozumieć zjawisko, które miało miejsce tej nocy, lecz nie potrafił tego zrobić. Minęli pokój gościnny, w którym spał Ikar oraz sypialnię Marion i skierowali się w stronę drewnianych schodów. Niektóre z nich skrzypiały niemiłosiernie, co świadczyło o tym, że były dość stare. Znajdowała się na nich gruba warstwa kurzu wskazująca na rzadkie ich używanie.
— Gdzie idziemy? – zapytał Ikar, gdy byli już na samym szczycie schodów.
— Na poddasze. Tam będzie najbezpieczniej i nikt nam nie przeszkodzi – odpowiedziała. – Wczoraj przygotowałam już parę rzeczy, czekają na górze. Mam nadzieję, że nie będziesz zawiedziony.
— Twoją pracą? Nigdy.
Nie minęła chwila, gdy znaleźli się przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami. Ikar wyciągnął rękę w stronę klamki i nacisnął ją, lecz ta ani drgnęła. Spojrzał na Marion, oczekując aż ta wyciągnie klucz, ale ona wywróciła tylko oczami i pokręciła głową.
— Poddasze, Ikarze, poddasze – powiedziała i spojrzała w górę. To samo zrobił mężczyzna. Na suficie znajdowała się klapa, którą Marion zręcznie opuściła i wyciągnęła drabinę. Cały korytarz wypełnił się zapachem starych mebli i zakurzonego drewna. Z wnęki w suficie przedostały się pierwsze promienie porannego słońca, które oświetliły ciemną przestrzeń. Słoneczne iskierki pojawiły się na włosach kobiety wychodzącej już po drabinie. Za nią podążył Ikar.
Poddasze przypominało wystrojem resztę domu Marion – było wypełnione aż po same brzegi. Masywny stół na środku pomieszczenia otoczony był przez niezliczoną ilość tekturowych pudeł. Zagracona przestrzeń o dziwo nie odrzucała swoim wyglądem. Wręcz przeciwnie, była tajemnicza i zachęcała do jej poznawania. Ikar zbliżył się do okna, w którym wisiała szara, zużyta firana. Odsunął ją i spojrzał w dół – znowu widok na ogród. Dostrzegł Bruna, który spał smacznie w kępie trawy, nie zwracając uwagi na otaczający go świat. Sam miał czasami chęć wyłączyć się całkowicie i odizolować od tego, co działo się w jego życiu. Chciał zapomnieć, zacząć wszystko od nowa. Nie było mu to jednak dane. Przynajmniej nie w tej chwili.
— Chodź tu, Ikarze – powiedziała Marion, pochylając się nad ogromną płachtą papieru położoną na stole.
Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie i zbliżył się we wskazane miejsce. Spojrzał na białą kartkę i próbował rozszyfrować znaki, które się na niej znajdowały. Musiał być to plan jakiegoś pomieszczenia, bo widoczny był podział na pokoje, korytarze, a w niektórych miejscach wypisane już były nieznane mu nazwiska.
— To plan Grand Hotel sprzed roku. Wątpię, aby cokolwiek się w nim zmieniło – uprzedziła jego pytanie kobieta i sięgnęła po długopis.
— A te nazwiska? – zapytał nagle mężczyzna.
— Cierpliwości, Ikarze – odparła. – Tu masz wejście do budynku, co chyba nie jest takie trudne.
Wskazała na główne drzwi hotelu i narysowała obok nich grubą kreskę.
— Tu będzie stała bardzo szczelna ochrona. Żadna niepożądana osoba się tam nie wciśnie – oświadczyła. – Później wejdziesz do ogromnego holu, w którym prawdopodobnie zacznie się przyjęcie. Powitanie, podziękowania i inne bzdety, na które nie będziesz zwracał uwagi. Pamiętaj, masz być niewidoczny i niezwykle szybki. Czas jest tu najważniejszy.
— Wiem. A co z moimi dokumentami?
— Będą niedługo, zaufaj mi. Teraz skup się na schemacie – powiedziała. – W holu twoim głównym zadaniem będzie odnalezienie Dirka Jonesa albo Amandy Ross. Chociaż lepiej chyba będzie jeżeli dotrzesz do tego faceta, on ułatwi ci całe zadanie.
— Zdobywam jego zaufanie, a on doprowadza mnie do Starka. Nic prostszego.
— Dokładnie – odrzekła. – Jest tylko jeden problem.
— Jaki?
— Nie wiemy, w którym pokoju zatrzyma się Stark. Jak widzisz mam tu nazwiska wszystkich ważniejszych gości przyporządkowane do pomieszczeń. – Wskazywała na poszczególne miejsca na papierze podpisane odpowiednimi nazwiskami. – Ale Amadeusa Starka nie zdołałam umieścić na żadnym z nich.
Ikar zamyślił się na chwilę. Brak wiedzy gdzie znajduje się jego ofiara zdecydowanie utrudnia mu zadanie. Musi polegać tylko i wyłącznie na Jonesie, który być może zbliży go do odpowiedniego polityka. Czy może sobie pozwolić na takie ryzyko? Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, a czas uciekał. Nie mógł zmarnować takiej szansy, tylko czy był w stanie poświęcić dużo więcej niż mógł otrzymać w zamian? Odpowiedź na to pytanie musiał znaleźć we własnym sumieniu, które bądź co bądź, gdzieś się w nim znajdowało.
— Trudno – powiedział po chwili. – To nie jest nasze największe zmartwienie. Jak dotrę do Jonesa to wszystko pójdzie dobrze.
Kiwnęła głową. Miała wątpliwości czy słowa mężczyzny są szczere, ale nie mieli wyboru. Musieli działać z tym, co udało im się osiągnąć w tak krótkim czasie.
— Tu. – Dotknęła palcem w miejscu gdzie znajdowało się inne pomieszczenie. – O siedemnastej odbędzie się bankiet. Pamiętaj, że wchodzisz przed czwartą, więc masz tylko godzinę na załatwienie sprawy. Im wcześniej stamtąd znikniesz, tym lepiej.
— Godzina? Wystarczy.
— Nie masz innego wyjścia.
Kobieta oddaliła się od stołu, przy którym Ikar wciąż wpatrywał się w skomplikowany schemat. Musiał swobodnie poruszać się jutro po tym miejscu, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń oraz zniknąć w momencie, kiedy będzie już po wszystkim. Hol, bankiet, wyjście ewakuacyjne – powtarzał w myślach, śledząc oczami szkice na papierze. Wszystko powinno pójść dobrze.
— Marion, ile dokładnie będzie gości? – zapytał.
— Około dwustu, ale dodaj do tego kilku ochroniarzy na jedną osobę. Razem pewnie koło tysiąca, może trochę mniej.
— Wśród takiej ilości zniknięcie to nie problem, hę?
— Najpierw musisz mieć się w czym kryć – powiedziała. – Przymierz.
Na te słowa Ikar odwrócił się w jej stronę i zobaczył, że kobieta trzyma w rękach nowy, czarny garnitur.
— Garnitur? – zapytał z niechęcią w głosie.
— A co, myślałeś, że pójdziesz w dresie? – Wcisnęła mu w ręce ubranie. – Musisz wyglądać profesjonalnie. Jutro nie będziesz Ikarem Clarkiem, będziesz kimś całkiem innym.
— Cudownie – odparł. — A moje dokumenty?
— Wszystko będzie gotowe, dostaniesz je później. Teraz idź przymierz garnitur, bo mogłeś nieco przytyć od naszej ostatniej akcji.
Zmierzył ja wzrokiem, ale posłusznie wykonał polecenie. Zwrócił się w stronę zejścia, niosąc w rękach przygotowane ubranie.
— Zaczekaj – powiedziała Marion. – Jak wrócisz to zajmij się tym pudłem przy ścianie.
Wskazała na czarny karton nie wyróżniający się niczym na tle innych.
— Tam znajdziesz broń i parę innych, potrzebnych rzeczy. Wybierz to, co ci pasuje. Ja muszę na chwilę wyjść.
— Jasne, Marion.
Obydwoje opuścili poddasze.
***
Czarna limuzyna zatrzymała się przed ogromnym, białym budynkiem. New Island Grand Hotel – głosił napis na samym szczycie, witając tłumy gości, które właśnie gromadziły się przed bramą. Z każdego samochodu wysiadali elegancko ubrani ludzie w otoczeniu swoich ochroniarzy. Witali się serdecznie nawzajem, wymieniając parę grzecznych uwag i poglądów. Sztuka aktorstwa została przez każdą osobę opanowana do perfekcji – w każdej sytuacji trzeba było zachowywać dobrą minę do złej gry. Tak działała właśnie polityka w New Island.
— Pamiętasz wszystko? – zapytała kobieta znajdująca się w czarnej limuzynie, spoglądając nerwowo na swojego towarzysza oraz na to, co działo się na zewnątrz.
Mężczyzna skinął głową i obserwował ludzi pojawiających się przed hotelem. Hol musiał być już w połowie zapełniony, ale on potrzebował maksymalnego przykrycia. Należało jeszcze chwilę poczekać.
— Dirk Jones lub Amanda Ross – przypominała mu Marion. – Godzina czasu. Wyjście znasz sam.
Przytaknął. Wszystko wydawało się takie proste, tylko dlaczego wciąż się denerwował? Przecież nigdy tego nie robił, był najlepszy. Perfekcyjny.
— Czas na ciebie, Ikarze – powiedziała w pewnym momencie Marion. – Dasz radę.
Opuścił samochód, nie odzywając się ani słowem. Towarzyszyło mu dwóch wysokich mężczyzn, którzy mieli służyć za jego ochroniarzy. Jednego z nich pamiętał, już raz wykonywali razem zadanie. Za to ten drugi, był mu nieznany. Nie wiedział czy to dobry znak, ale to nie był czas na zastanawianie się nad tym. Podszedł do ogromnych drzwi wejściowych, przy których stała już ochrona hotelu.
— Zaproszenie i dokument tożsamości proszę – odezwał się niski, męski głos. Ikar sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru, z której wyciągnął czerwoną kopertę. Wręczył ją niskiemu mężczyźnie i czekał na jego reakcję. Ten otworzył kopertę, po czym powiedział:
— Jeszcze dokumenty.
Ikar podał mu małą, plastikową plakietkę, na której widniało jego zdjęcie z fałszywymi danymi. Ochroniarz porównał jego osobę z tą na dowodzie i rzekł:
— Witamy w New Island Grand Hotel, panie Lawson. Życzymy miłej zabawy.
Ikar nie odpowiedział, przekroczył drzwi wejściowe i został wchłonięty przez niemały gwar holu. Znajdowały się tu setki ludzi, z których nie znał nikogo. Ale trójkę z nich zamierzał sobie zjednać. Isaac Lawson – pomyślał. Niezły wybór Marion, naprawdę niezły.
Rozglądał się wokół siebie, wypatrując niskiego, nieco pulchnego człowieka w okularach, ale nie miał szczęścia. Dirka Jonesa nie było w zasięgu jego wzroku. Mijając poszczególnych ludzi, wymieniał z nimi pojedyncze słowa tak, jakby się znali. Musiał być kimś ważnym, skoro pojawił się na uroczystości — przynajmniej tak zdawało się obecnym.
Kiedy Ikar dotarł już do końca holu zauważył wejście do sali bankietowej. Na razie była pusta, ale kelnerzy krzątali się w niej i ustawiali wszystko na przyjęcie gości. Sala wypełniona była kilkuosobowymi stolikami przykrytymi białymi obrusami i niezwykle elegancką zastawą. Wszędzie pełno kwiatów, drogiego alkoholu i wykwintnych przekąsek – bankiety w New Island znane były w całym kraju ze swojego przepychu i wystawności.
— Tyle pieniędzy wyrzuconych w błoto, nieprawdaż? – Rozległ się w pewnym momencie kobiecy głos za plecami Ikara.
Ten natychmiast odwrócił się i ujrzał przed sobą śliczną brunetkę, która trzymała w dłoni kieliszek z szampanem. Wpatrywała się w przystrojoną salę z odrazą, jakby wcale nie chciała uczestniczyć w tym wydarzeniu.
— Mogliby za to wybudować nową szkołę. Albo chociaż przekazać pieniądze dla potrzebujących – dodała. – Ale nie, przecież elita New Island musi się gdzieś bawić.
Wypiła duży łyk szampana i spojrzała na Ikara, który był nieco zaskoczony jej obecnością. Musiał to jednak przewidzieć, w tłumie ludzi w końcu będzie musiał z kimś rozmawiać.
— Przepraszam, gdzie moje maniery – rzekła po chwili. – Nazywam się Katherine Smith.
Wyciągnęła rękę w jego stronę. To samo zrobił mężczyzna, ściskając ją lekko.
— Isaac Lawson – powiedział.
— Lawson? – zapytała zdziwiona. – Pierwszy raz słyszę pańskie nazwisko. Był pan już kiedyś w naszym mieście?
Tylko nie to, nie może poddawać w wątpliwość swojej tożsamości. Dlaczego to właśnie ona stanęła na jego drodze?
— Nie, przeprowadziłem się tu w zeszłym roku. To mój pierwszy bankiet w Grand Hotel.
Pokiwała głową z uznaniem, chociaż wciąż przyglądała mu się dokładnie.
— Zazdroszczę panu. Za pierwszym razem jeszcze mi się tu podobało – powiedziała. – Ale proszę mi wierzyć, za kilka lat się panu znudzi. Wspomni pan moje słowa.
Uśmiechnęła się do niego i odłożyła pusty kieliszek na stół znajdujący się obok nich.
— Życzę miłej zabawy. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
— Być może – odpowiedział. Chwilkę później już jej nie było, zniknęła w tłumie nieznajomych ludzi.
Katherine Smith. Kim była? I dlaczego zwróciła się właśnie do niego? Czyżby to był zwykły przypadek, a może jednak ktoś go rozpoznał? Tyle nowych pytań pojawiło się w głowie mężczyzny. Intrygowała go niewysoka brunetka, która była całkowicie inna od wszystkich znajdujących się tu gości. Nie pasowała do tego miejsca. Tak jak nie pasował tu Ikar.
Spojrzał na zegarek znajdujący się na lewej ręce. Stracił już piętnaście minut, musi się spieszyć, jeżeli chce zdążyć przed oficjalnym bankietem. Wtedy może być za późno na spotkanie z Amadeusem Starkiem w cztery oczy. A tylko tak mógł wykonać swoje zadanie. Przyglądał się uważnie otaczającym go osobom, ale żadna nie była tą, której poszukiwał. Skierował się więc w stronę baru, może tam będzie miał więcej szczęścia.
Pomieszczenie to łączyło się bezpośrednio z hotelowym holem, ale zapewniało także pewną nutkę samotności. Hałas był tu mniejszy, gwar jakby zmalał. Kilka stolików było zajętych, ale pozostały puste miejsca przy samym barze, gdzie podążył Ikar. Wtedy zorientował się, że widzi przed sobą długie, jasne włosy, które kiedyś miał już okazję zobaczyć. Należały one do bardzo szczupłej kobiety ubranej w krótką, czarną sukienkę i wysokie szpilki. Siedziała sama, racząc się kieliszkiem czerwonego wina. Ikar podszedł do kobiety i usiadł na krześle obok. Wyglądała identycznie jak na zdjęciu. Amanda Ross. Może jednak szczęście mu sprzyjało.
— Kieliszek najlepszego wina dla pani. – Ikar zwrócił się do barmana, który obsługiwał właśnie grupkę polityków w podeszłym wieku. Mężczyzna niezwłocznie wykonał polecenie i przed jasnowłosą pojawił się zamówiony alkohol. Spojrzała na Ikara zaskoczona, widocznie wyrwał ją z głębszych rozmyślań. W mgnieniu oka uczucie zaskoczenia zmieniło się w zaciekawienie. Postać nieznajomego mężczyzny intrygowała ją w dość widoczny sposób.
— Czy my się znamy? – zapytała.
— Ja panią znam – odparł. – Ale pani nie ma pojęcia kim jestem.
— Jak to możliwe?
— Powiedzmy, że o pani śniłem – powiedział, na co ona zaśmiała się głośno i sięgnęła po zamówiony dla niej kieliszek.
— Jeżeli chce mnie pan w ten sposób poderwać – zaczęła i upiła łyk wina. – To muszę powiedzieć, że jest pan na dobrej drodze. Chyba nic ciekawszego mnie tu dzisiaj nie spotka.
Ikar nie odpowiedział, przyglądał się uważnie blondynce, która bawiła się teraz serwetką pozostawioną na blacie. Chyba rzeczywiście nie czuła się tu najlepiej. Znudzenie? Czy może brak empatii ze strony innych polityków? W końcu swoją pozycję osiągnęła dzięki wpływowemu ojcu, nie było w tym żadnej jej zasługi. I właśnie to tak bardzo denerwowało innych. Z pewnością nie przysparzało jej przyjaciół.
— Skoro uważa pan, że mnie zna to moje nazwisko jest w tej sytuacji oczywiste – powiedziała. – A co z pańskim? Mogę je poznać?
— Isaac Lawson.
— Lawson – powtórzyła cicho i zamyśliła się na chwilkę. – Był pan kiedyś w Green Rock?
Green Rock. Nic mu ta nazwa nie mówiła, a nawet jeśli kiedyś tam przebywał, teraz wyleciało mu to z głowy. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, przez co mężczyzna bał się zdemaskowania. Podobno z oczu można wyczytać wszystko. Czy Ikar był kiedykolwiek w Green Rock? To nie miało teraz znaczenia. Ważniejsze było to, czy mógł się tam znaleźć ktoś taki jak obywatel Lawson.
— Kiedyś? To znaczy? — zapytał.
— Ubiegły rok, spotkanie demokratów w rezydencji Starka.
— Skąd pani wie, że należę do demokratów? – zapytał.
— Po prostu wiem. Wygląda pan jak jeden z nich.
Pewna siebie. Tak mógłby opisać ją Ikar po pierwszej rozmowie. Stanowcza. I odrobinę zuchwała. Taka była właśnie Amanda Ross.
— Amadeus Stark, Green Rock – powiedział.
Skinęła głową.
— Wiedziałam, że skądś kojarzę tę twarz. — Przyglądała się mu uważnie, nie zwracając już uwagi na otaczających ich ludzi. Kłamanie wychodziło jej nadzwyczaj dobrze, nie mogła przecież przyznać, że nie ma pojęcia kim jest człowiek siedzący obok. Zawsze lepiej udawać, niż przyznać się do słabości. Przynajmniej w świecie rodziny Ross.
— Jest pani tu sama? – zapytał po chwili. Wiedział, że czas ucieka i musi się spieszyć. Skoro miał już Amandę Ross i padło właśnie nazwisko Starka nie miał innego wyjścia, już nie mógł się wycofać.
— Nie. Dziś stanowię mentalne wsparcie dla owego Amadeusa Starka. Towarzyszy mi Dirk Jones, nie wiem czy pan go kojarzy.
— Jeszcze nie miałem przyjemności.
— Niezwykle nieokrzesany człowiek. Ale da się z nim wytrzymać. Tylko nie wiem gdzie się teraz podział. – Rozglądnęła się wokół siebie w poszukiwaniu mężczyzny, ale nigdzie go nie było. — Prawdopodobnie pije z jakąś bandą w rogu tak, by fotoreporterzy nie zrobili mu zdjęcia. Rozumie pan, wizerunek jest najważniejszy.
Sama sięgnęła po swój kieliszek i wypiła ostatni łyk, po czym odstawiła go tak, by barman mógł posprzątać.
— Więc mówi pani, że dzisiaj towarzyszy panu Starkowi?
— Tak – odpowiedziała, jednocześnie wstając z krzesła. – I chyba powinnam po niego pójść. Niedługo bankiet, a ten stary głupiec pewnie wciąż jest w swoim pokoju.
Wzięła czarną torebkę z krzesła i spojrzała na Ikara, który także opuścił już swoje miejsce.
— Niech pan nie udaje oburzonego – skomentowała minę Ikara, który myślał, że się przesłyszał.
Stary głupiec, tylko tym był polityk dla tej wyrachowanej kobiety. I wcale nie zamierzała tego ukrywać.
– Wszyscy w New Island wiedzą, że czas Starka się kończy. Jest już za stary do polityki i czas, by ktoś inny zajął jego miejsce.
— Może pani? – Na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.
— Dlaczego nie? – powiedziała głośno i ruszyła w kierunku wyjścia. To samo zrobił Ikar, teraz nie mógł pozwolić jej odejść. Kobieta zauważyła, że mężczyzna wciąż jej towarzyszy i chociaż nie ufała mu, zapytała: — Chce się pan spotkać z Amadeusem? Pewnie dawno nie mieliście okazji porozmawiać.
— Prawdę mówiąc, nie widzieliśmy się od wspomnianego zjazdu w jego rezydencji – oświadczył. Chyba utrzymywanie wersji wydarzeń, w którą oboje nie wierzyli było najlepszym wyjściem. Przynajmniej na razie. – Chętnie zamienię z nim kilka słów.
— Proszę za mną. Na pewno się ucieszy.
Mężczyzna podążał za jasnowłosą, która właśnie przedzierała się przez tłumy przybyłych gości. Niektórzy kłaniali jej się i witali z nią serdecznie, inni na jej widok odwracali wzrok, udając że wcale jej nie zauważyli. Nie przejmowała się żadną grupą ludzi, szła z wysoko podniesionym czołem aż do schodów prowadzących do części z apartamentami. Nie spoglądała za siebie, czuła obecność mężczyzny, który nie opuszczał jej ani na krok. Schody przykryte miękkim, czerwonym dywanem zdawały się nie mieć końca. Gwar dochodzący z dołu powoli cichł, zdawało się, że zniknął na zawsze. Słychać było tylko ciche tykanie zegara, który wisiał na niesamowicie białej ścianie. Pół godziny. Tyle już stracił.
— Katherine! – krzyknęła w pewnym momencie Amanda, kiedy ujrzała drobną brunetkę na samym szczycie schodów.
Ikar podniósł głowę i przed jego oczami stanęła owa śliczna kobieta, którą spotkał przed salą bankietową.
— Witaj, Amando – powiedziała. – Idziesz do ojca?
Blondynka skinęła głową.
— Tak. Powinien już się zbierać, za chwilę zaczną go szukać – oświadczyła. – Kate, to Isaac Lawson. – Wskazała na Ikara, który stał tuż za nią i wpatrywał się w brunetkę.
— My się już chyba znamy – powiedział i podał jej rękę. Ona zrobiła to samo.
— Chyba tak. – Uśmiechnęła się, chociaż na jej twarzy można było dostrzec smutek. Spuściła oczy i pożegnała się szybko. Nie minęła chwila, gdy całkowicie zniknęła im z oczu.
Amanda ruszyła naprzód, szukając odpowiedniego pokoju. Szła pewnie, nie zwracając uwagi na to, co ją otacza. Ikar zdążył już zauważyć, że kobieta nie dbała o to, co myślą o niej inni. Była ponad to. Albo po prostu nie zależało jej na opinii publicznej. Jej pozycja tak czy inaczej była mocna. Po co więc miała udawać, że szanuje czy chociaż toleruje innych ludzi?
Zatrzymała się przed numerem pięćdziesiątym trzecim i nacisnęła klamkę. Weszli do ogromnego pokoju, w którym było całkiem ciemno. Nikt nie zdążył jeszcze odsłonić zasłon, ani włączyć żadnego światła.
— Katherine Smith – powiedział Ikar. – To córka…
— Amadeusa Starka. Myślałam, że się znacie. – Dokończyła za niego i zaświeciła małą lampkę nocną. – Nie lubi kiedy jest jasno – wytłumaczyła. – Stark woli spędzać czas w ciemnościach.
— Ale jej nazwisko…
— Po mężu. Zmarł rok temu w jakimś wypadku. Od tego czasu nie pojawia się na oficjalnych bankietach, chociaż dzisiaj zrobiła chyba wyjątek. Dlaczego tak pana to interesuje? – zapytała.
— Nie, po prostu zdziwiłem się, widząc ją tutaj – odrzekł.
Rozglądał się po pomieszczeniu, które owiane mrokiem nie odkrywało przed nim żadnych sekretów. Wszystko skąpane było w ciemnej poświacie i jedynie mała lampka pozwalała się po nim bezpiecznie poruszać. Blondynka ominęła kilka foteli otaczających niski stolik do kawy i stanęła przed wielkim lustrem. Ikar przypatrywał się dokładnie jej czynnościom. Zaczęła przeglądać się w srebrnej tafli, chociaż brak światła nie ułatwiał jej zadania. Odgarnęła więc swoje długie włosy do tyłu i poprawiła ubranie. Obecność mężczyzny wcale nie wprawiała jej w zakłopotanie. Zachowywała się tak, jakby wcale go tu nie było.
— Katherine nie powinno tutaj być – powiedziała po chwili. – Ma zbyt duży wpływ na swojego ojca. Albo on na nią.
— Nie darzy ich pani zbyt dużą sympatią? – zapytał, zbliżając się na kilka kroków.
Zaśmiała się.
— Sympatia nie odgrywa tu żadnej roli, panie Lawson. Chodzi tylko o pozycję w środowisku, nic innego nie ma najmniejszego znaczenia.
— Skoro tak pani twierdzi.
— Ja to wiem – odpowiedziała i przymknęła na chwilę oczy. Westchnęła głęboko, bo wiedziała, że czas już obudzić Starka. Za chwilę powinien znaleźć się on na dole, witając swoich sprzymierzeńców i przeciwników prowadzonej przez niego kampanii. Należy tylko wejść do pokoju obok i wykonać te same czynności co zawsze. Odsunąć zasłony, poczekać aż łaskawie otworzy oczy i wypowie kilka niemiłych słów, zignorować jego niegrzeczne zachowanie, podać mu odpowiedni strój i przygotować herbatę. Później należy ignorować każde wypowiedziane przez niego słowo i opuścić sypialnię. Kilka minut spokoju i Amadeus Stark powinien pojawić się na korytarzu. Tak działo się zawsze. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Kobieta otworzyła oczy, chcąc jednocześnie chwycić klamkę znajdującą się w drzwiach obok niej. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, które wyglądało inaczej niż jeszcze chwilę temu. Co się zmieniło? Męska ręka spoczywała teraz na jej talii, a druga trzymała zimny nóż przy jej szyi.
— Panie Lawson – zaczęła, gdy przedmiot coraz bardziej przylegał do jej ciała. – Czy…
— Ciszej – powiedział Ikar do ucha swojej ofiary. – Jeżeli ktoś nas usłyszy, zrobię to bardzo boleśnie.
— Panie… — Nie zdołała już wypowiedzieć żadnego słowa, bo po dekolcie zaczęła płynąć strużka ciepłej, brunatnej substancji.
Traciła czucie w kończynach, opadała w dół, cały pokój zaczął wirować w jej głowie, aż w końcu zniknął. Mężczyzna podniósł ciało kobiety i ułożył je w fotelu. Wyglądała jakby spała. Przykrył ranę fałdem długich, jasnych włosów, które po chwili zmieniły kolor na lekko różowy. Oczy miała zamknięte, a ręce bezwładnie opadły na uda. Klatka piersiowa przestała unosić się do góry, nie zaszczycił jej już żaden oddech.
Ikar spojrzał na zegarek. Jeszcze piętnaście minut. Tyle zostało mu czasu na dokończenie swojej misji. Skierował się w stronę drzwi, które przedtem chciała otworzyć jasnowłosa i uchylił je. W środku panował taki sam mrok jak w salonie. Słychać było jedynie miarowy oddech śpiącej osoby. Podszedł do okna i delikatnie odsunął jedną z zasłon tak, by widzieć wystrój pomieszczenia. Na stoliku stała już taca wypełniona po brzegi różnorodnym jedzeniem. Obok znajdował się dzban z gorącą herbatą. Ikar zbliżył się do blatu i nalał trochę brązowej cieczy do maleńkiej filiżanki.
— Dziękuję, Amando – rozległ się w tym samym momencie rozbudzony męski głos. – A teraz możesz już wyjść, nie potrzebuję twojej pomocy.
Ikar spojrzał w kierunku łóżka, które umieszczone było pod ścianą. Śpiący w nim mężczyzna odwrócony był teraz tyłem i nie miał zamiaru opuszczać swojego posłania.
— Panie Stark, Amanda przysłała mnie dzisiaj tutaj, bo sama jest bardzo zajęta – powiedział stanowczo Ikar, wpatrując się w lekko poruszającą się sylwetkę mężczyzny.
Słysząc nieznany sobie głos, Amadeus Stark odwrócił się gwałtownie i podniósł z łóżka.
— Isaac Lawson – oświadczył Ikar, zbliżając się do zaskoczonego mężczyzny i podał mu filiżankę herbaty. – Nie chciałem pana przestraszyć, ale powinniśmy już schodzić na dół.
— Kim pan jest? – zapytał Stark, przyglądając mu się uważnie.
— Od dzisiaj to ja będę panu towarzyszył na wszystkich spotkaniach. Pani Ross zrezygnowała ze swojej posady – tłumaczył.
Mężczyzna wstał i oddalił się od Ikara. Podszedł do wysokiej szafy i wyciągnął z niej przygotowany już wcześniej garnitur. Weź tę cholerną filiżankę! – Ikar miał ochotę krzyczeć.
— Leniwa idiotka – powiedział głośno starszy mężczyzna, sięgając po telefon znajdujący się na nocnej szafce. – Nareszcie się jej pozbyłem. Wie pan, panie…
— Lawson – dokończył Ikar.
— Panie Lawson. Gdyby naprawdę miał mi pan pomagać, dostałbym już moją herbatę i popołudniowe ciasto. Widzę, że się panu jednak nie spieszy.
— Przecież… — zaczął oburzony Ikar. Trzymał tę głupią filiżankę odkąd rozpoczął rozmowę z tym marudzącym typem, a ciasto stało na stoliku.
— Nieważne – przerwał mu szybko mężczyzna, wkładając na siebie czarną marynarkę. – Gorszy od niej nie będziesz.
Czyżby miał na myśli Amandę, której ciało spoczywało teraz w jednym z jego foteli? Może miała rację, że Amadeus Stark to tylko stary głupiec. Jego zachowanie zaczynało powoli irytować Ikara. A czas uciekał.
Zbliżył się do mężczyzny i podał mu mały, porcelanowy przedmiot, z którego parowała ciepła jeszcze ciecz. Staruszek spojrzał na niego z politowaniem, ale wziął od niego ową filiżankę. Nie napił się jednak. Ikar wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem. Napij się – powtarzał sobie w myślach – Napij się. Czyżby słowa te miały zadziałać jak zaklęcie i zmusić Starka do wykonania tej czynności?
— Dziwne – oświadczył Stark, przyglądając się Ikarowi. – Nigdy wcześniej pana nie widziałem.
— Jestem tu nowy, tydzień temu przydzielili mnie do New Island – wytłumaczył.
— Ah, skoro tak – powiedział i zbliżył wargi do cieniutkiego brzeżka filiżanki. Na to tylko czekał Ikar. Pięć minut, tyle mu zostało. Lekko różowe, pomarszczone usta dotknęły brązowej cieczy. Mężczyzna upił łyk i wyprostował ponownie głowę.
– Więc skąd pan do nas … — nie zdołał dokończyć, bo całe jego ciało zdrętwiało. Filiżanka wyleciała mu z ręki, a jej szczątki rozsypały się po całym dywanie. Amadeus Stark zaczął się dusić, próbował łapczywie chwytać powietrze, ale nie udało mu się to. Zdołał tylko zauważyć niewyraźny błysk w oczach nieznajomego, który pochylał się teraz nad jego bezwładnym ciałem. Czuł jak opuszczają go siły, wiedział, że stracił panowanie nad własnym ciałem. Czyżby opuszczał je na zawsze? A może to ono opuszczało jego?
Po chwili jego oddech zamarł, a oczy zostały przymknięte przez tą samą osobę, która podała mu napój. Ikar spojrzał na ciało polityka leżące teraz na ziemi. Podniósł je z trudem i umieścił z powrotem w łóżku. Spał. A przynajmniej tak mogło wydawać się osobie, która wejdzie tu następna. Tymczasem on musi uciekać. I to szybko.
— Trucizna? – usłyszał cichy szept dobiegający zza jego głowy. – To nie w twoim stylu, Ikarze.
Nie zdołał się jednak odwrócić, by sprawdzić kto mu towarzyszy, bo ktoś złapał go za ręce i przyłożył mokrą tkaninę do jego twarzy. Obraz ciemnego pomieszczenia niknął, a ostrość jego wzroku stawała się coraz słabsza. Odpłynął.

7 komentarzy:

  1. Nie kończy się w takich momentach! Chcesz żebym umarła z niecierpliwości i ciekawości? Mam czekać miesiąc?! Aż miesiąc?!
    A tak w ogóle to komentuję pierwsza! Bua ha ha!
    Powiem Ci, że masz mega fabułę!
    Czy Katherine odegra jakąś większą rolę w tej historii? Kto i po co uśpił Ikara?! Zostaw go, zła istoto!
    No nie kończy się w takich momentach!
    Pozwolisz, że ponownie zaproponuje pisanie myśli bohaterów w cudzysłowiu. Tak byłyby wyraźnej rozróżnione.
    Och, co mam tu jeszcze napisać?! Przecież wiesz, że jest fajnie. Że się podoba. I wiesz, oj, na pewno doskonale wiesz, że nie kończy się w takich momentach!!!
    Pozostaje czekać na kolejny rozdział. Pozdrawiam=]
    P.S. Jakie odniesienie do tekstu ma tytuł? Chodzi o walkę Ikara z samym sobą, trudnościami czy o coś jeszcze innego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, tak jakoś wyszło! :)
      Dziękuję bardzo za komentarz i kłaniam się nisko, poprawię myśli bohaterów jak tylko dorwę trochę czasu.
      Tytuł odnosi się właśnie do Ikara, jego zmagań z życiem, ale głównie do tego jednego momentu, który zmienił wszystko. Ale o tym kiedyś! :))
      Dziękuję i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Zgadzam się z poprzedniczką! kończenie w takich momentach powinno być karalne!

    Nie mam pojęcia kto jest tą kobietą, która go zaatakowała (choć przez myśl przechodzi mi ta cała Katherine), ale od początku podejrzewałam, że ta cała misja się po prostu nie uda. Ikar nie wyglądał mi na profesjonalistę... Nie twierdzę, że nie ma zdolności albo jest słaby - nie. Ale do tego zadania brakło mu nerwów. Bał się nawet rozmawiając z Kate, tak chyba nie zachowuje się mężczyzna, który jest pewny siebie i wie co ma robić. Mam wrażenie, że tak bardzo chciał osiągnąć swój cel, że za bardzo obawiał się porażki. I to go zgubiło. Bo nie wytężył wszystkich swoich zmysłów i pewnie coś zaniedbał skoro ta kobieta zdołała go znaleźć, odkryć co zrobił i obezwładnić. Poza tym większość roboty to tak naprawdę odwaliła Marion. Ja nie wiem jak on by sobie poradził. Tylko ciekawa jestem, co teraz? Porwą go, ukarzą czy zrobią coś w ogóle innego? Ahhh to są minusy zakończania w takich momentach! :D Ale ciekawość na kolejny rozdział rozbudziłaś maksymalnie;)

    Pozdrawiam! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponownie proszę o wybaczenie! :(
      Może po prostu wyszedł z wprawy? Cała jego ostatnia utarczka wskazuje na to, że coś niepokojącego się z nim dzieje i nawet fach, w którym był wyszkolony od tylu lat, zaczyna sprawiać mu trudności. Tylko pytanie - czy to źle, czy może wręcz przeciwnie?
      Zdecydowanie - bez Marion Ikar już dawno poszedłby na dno, ale na szczęście ma przy sobie taką kobietę.
      Dziękuję pięknie i pozdrawiam! :))

      Usuń
  3. ?!?!!?!?!?!?!!?!?!!?!?!!?!?
    I co to za zakończenie!?
    Mam fart, że nadrabiam, bo my nie wyrobiła z ciekawości :-D
    Niezła akcja. Opisy bardzo mi się podobały. Genialnie piszesz :-D
    A więc Amanda nie żyje... Już wolałabym, żeby na jej miejscu był ten grubas...
    No i ofiara też dedła
    Ale Ikar też stał się teraz ofiarą, co mnie bardzo niepokoi.
    Przepraszam za ten krótki komentarz, ale sorry. Muszę przeczytać następny rozdział!!!
    xxx

    OdpowiedzUsuń
  4. To był chyba najdłuższy z rozdziałów, ale niestety skomentuję go bardzo krótko, bo śpieszę się do sklepu, gdy wrócę i zrobię obiad to dopiszę resztę komentarzy ;-)
    Podobała mi się ta cała akcja, była świetnie opisana, a postać tego pustaka co to udawała, że wszystkich zna, kojarzy i ta wersja nieistniejąca, której się zarówno Ikar jak i ta panienka trzymali - piękne to było i choć był to plan zabójstwa, to mnie bawił. Naprawdę szczerze mnie ich rozmowa rozbawiła.
    Kolejna sprawa to samo morderstwo, które nie dosięgnęło tylko celu, pana na A, ale także kobietę, niewinną. Tu Ikar u mnie... w moich oczach bardzo dużo stracił. Nagle opuściły mnie nadzieję, że jego jeszcze można poddać resocjalizacji, zaczęłam uważać, że nie warto. Byłam też zła na jego przyjaciółkę, że mu pozwoliła tam iść, zrobić to, pomogła wszystko zaplanować. Moim zdaniem ona jest tak samo winna tego morderstwa jak i on sam.
    Końcówka mnie zaskoczyła i pamiętam, że w tym miejscu, gdy czytałam to w nocy, to własnie usypiałam, zamykały mi się oczy, ale końcówka sprawiła, że nie mogłam sobie odpuścić i nie przeczytać kolejnego rozdziału. Końcówka też mnie bardzo rozbudziła.

    sie-nie-zdarza.blogspot.com
    prawdziwa-legenda.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń