niedziela, 16 października 2016

Przepraszam, ja nie umiem życia #2



Okno




Patrzę.
Nie widzę tego życia, obserwuję ludzi, którzy je poskramiają, lepiej ode mnie. Idą tam w dole po szarych chodnikach, tuż obok siebie, lecz całkiem osobno i mkną tak naprzód, by żyć, by przeżyć, by dożyć — może już wiedzą czego. Spoglądam tak przez chwilę, promienie rażą mnie w oczy niemiłosiernie, ale moja głowa wciąż zwrócona jest w stronę szyby, która dzieli mnie od świata zewnętrznego całkiem skutecznie i ciałem wciąż trzyma w sali. Zapewne niedługo.
Potem odwracam się powoli i niechętnie, mój wzrok ląduje na ścianie, na slajdzie, wygląda inaczej niż ten, od którego wzrok odwróciłam — musieli już zmienić, raz bądź dwa razy, może więcej, co nie byłoby dziwne, bo długo mogło mnie nie być. Analizuję jego treść, która znów nic mi nie mówi, za dużo przegapiłam, spoglądam na kartkę w zeszycie, świeci pustkami tak jak i jej poprzedniczki tudzież następczynie, dobrze, że zapisałam temat, może kiedyś nadrobię.
Dręczę długopis w dłoni, choć i tak nic nie zapisuję, pewnie już nie zapiszę i znów odwracam głowę — do świata, potem do życia.
Jedni idą szybko, niemal biegną, spiesząc się właśnie tam, inni wolniej, niezbyt chętnie, jakby z przymusu znajdowali się właśnie w tym, nie innym miejscu. Idą, biegną, mkną naprzód i znikają — za ścianą, za drzwiami, za rogiem, za wszystkim, co napotkają na swojej drodze, ale natychmiast zastępują ich nowe postacie, nowi idący, biegnący, mknący naprzód i znikający, a wszyscy oni wciąż stąpają po ziemi. I żyją.
— Zajebista pogoda — słyszę zadowolony głos z boku i nie odwracając głowy, przytakuję. Widzi słońce, ja światło. — Idziemy dziś na plażę — pada komunikat, bez nuty zapytania.
Wzruszam ramionami, nie wiem czy chcę — pójść, nie być — tego nie chcę najbardziej.
I gapię się znów bezczynnie, i lustruję ich wzrokiem, wszyscy tacy sami, ale tak mocno różni, zaklęci w monotonię rozpaczliwego życia.
A potem zjawia się on — siada na parapecie, na zewnątrz i omal nie spada, potem kręci się dookoła, szukając stabilnej pozycji, wymachuje skrzydłami i trzepocze co sił, by utrzymać się na niewielkiej powierzchni. Parę sekund później zamiera i wpatruje się we mnie czarnymi jak smoła oczkami, które kształtem przypominają maleńkie guziczki, lustrują mnie teraz ciekawsko, a ja odwzajemniam spojrzenie — nie rozumiem sensu jego istnienia, zupełnie jak i ludzkiego, w tym swojego, a przecież on tam jest, prawdziwy i namacalny, głupio wpatrzony we mnie. I żyje. Podobnie jak ja.
Nieco się przysuwa, stuka dziobkiem w szybę, leciutko, okrutnie delikatnie i nikt nie zwraca na niego uwagi, tylko ja. Jaki masz problem, hmm?, myślę, on znów porusza się wokół własnej osi, pewnie mu niewygodnie, a przecież może stąd uciec, odlecieć, uwolnić się od ziemi, tak łatwo, tak prosto, tak dalece uciec i nie wracać.
Opiera główkę o szybę, jakby patrzył nieśmiało, na mnie, prosto we mnie wpatruje się czarny ptak, niech leci, chcę by odleciał, by był wolny, nie splątany życiem, ale on stoi, sterczy i wystaje za tym oknem jak głupek i gapi się na mnie — po co, na co i dlaczego?
Odwracam więc głowę i mówię, trąciwszy uprzednio:
— Patrz.
A gdy mój wzrok znów ląduje za szybą, na parapecie, zieje stamtąd zwykła pustka, jego już nie ma, jakby nigdy nie było.
— Zniknął — mówię cichutko, teraz sama do siebie, zastanawiając się, czy zrozumiał mój przekaz, czy zrozumiał życie, że uciec przed nim jest łatwiej i lepiej, niż zmagać się tak mocno, tak niezwyciężenie i bez nadziei na sukces. — Odleciał.
— Odleciał — ktoś powtarza obok, cicho, sucho, niepewnie.
Kiwam głową, wpatrując się w pustkę.
To dobry dzień by odlecieć.

— Chcę odejść — mówię cicho, lecz nikt mnie nie słucha.
— Już, zaraz kończymy, jeszcze tylko pięć minut — słyszę w odpowiedzi.
Wzbiera we mnie nadzieja — tylko pięć minut życia.
Mija więc pięć minut, wszyscy się zbieramy, potem wszystko pęka — tylko wychodzimy.
Wszyscy gdzieś się tłoczą, mówią, co rusz krzyczą, że jest dobrze, zajebiście, bo to przecież koniec, choć nic się nie kończy — jutro znów na powrót tak samo bezczynnie życie się nie zmieni, więc to nie jest koniec, a zwykły przerywnik, jak z deszczu pod rynnę, bo skoro jest lepiej, to będzie też gorzej — a życie z tym gorzej potrafi żartować — okrutnie, perfidnie, tak życiowo właśnie.
Wstaję i idę, za nimi, między nimi, przed nimi, do wyjścia, gdzie życie przecież się nie skończy, a trwać będzie dalej — bo to tylko wyjście.
— Plaża!
— Piwo?
— O trzeciej, tam gdzie zawsze.
Nie słychać sprzeciwu i wciąż mkniemy naprzód, dopiero za wyjściem przystaję, wciąż żyjąc, i czekam aż zrobi się nieco luźniej, nieco mniej ludzko i spokojniej, by zatrzymać choć trochę przestrzeni, dystansu, którego tak potrzebuję. Właśnie w tej chwili.
Odlecieć.
Przymykam na chwilę oczy i znów widzę jego, zastanawiam się, gdzie teraz jest, czy lata, czy ucieka, czy nabija się z życia tak mocno i okrutnie, czy znów jest jego niewolnikiem właśnie tu, na ziemi, drepcząc po jego powierzchni. Potem wracam, uchylam powieki i idę, ale wciąż myślę o jednym.
Mam dość wychodzenia. Odejść muszę sama, oni jeszcze nie chcą, wychodzą, ja odejdę.
W pewnej chwili czuję dotyk na dłoni. Ktoś ją chwyta, ciągnąc mnie nieco w tył. Przystaję i słucham.
— Idziemy na plażę — mówi. Zagryzam nieco wargę, udając, że się namyślam, choć myśli są daleko, wędrują nad ziemią, nad światem, nad życiem. Odpowiedź to tylko formalność.
Brązowe oczy przeszywają mnie na wskroś, wiem, że to nie było pytanie, ale kręcę głową.
— Nie dziś, nie mogę — szepczę i uwalniam rękę. Potrzebuję wolności. — Muszę zadzwonić… — oznajmiam jeszcze ciszej, rozglądając się niepewnie i unikając brązowych oczu, po czym odwracam się i idę naprzód, szybko, całkiem sprawnie, mknę, by nie musieć odmawiać ponownie.
— … do mamy — dodaję w myślach. I żyję.

Patrzę.
Nie widzę tego życia, obserwuję świat na zewnątrz, siedząc na parapecie, przez szybę własnego pokoju, promienie rażą mnie okrutnie, ale ja wciąż spoglądam na żyjących i zastanawiam się, czy jeszcze do nich należę, czy udało mi się w końcu zakończyć tę farsę zwaną życiem, oderwać się od zniewolonych, uwięzionych, zatrzaśniętych w szklanym kloszu życiowych niegodziwości.
Dotykam ostrożnie zimnej powierzchni, która oddziela mnie od świata, wciąż jestem w środku, tak daleko i tak blisko życia, w samym jego centrum, w środku bólu i okrucieństwa, choć tak mocno pragnę się z niego uwolnić, rozwiązać pęta, które wciąż tkwią nade mną niczym najsroższy kat i czekam — aż przyjdzie wybawienie. Chcę odejść, chcę zniknąć, na zawsze, na dobre, tak prosto, tak zwyczajnie.
Nie wiem, czy umiem, nie wiem, czy potrafię, wiem — że chcę.
Jasne światło nieustannie wpada przez szybę, jakby wzywało do siebie, oferując wolność bez zobowiązań. Wezmę ją bez mrugnięcia okiem, bez zastanowienia, bez rachunków za i przeciw, wezmę, bo tak pragnę, tak mocno marzę o wolności — od świata, od życia.
— Chcę odejść — mówię, choć nie ma nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć i patrzę błagalnie w światło, w górę, w okno i z każdą kolejną chwilą nabieram nieopisanego wrażenia, głupiej nadziei, że jest to możliwe. Ona dała radę — lub życie dało za nią.
Spoglądam przez ramię na biurko zdobione promieniami, na piętrzące się na nim sterty nieposkromionego bałaganu, które idealnie odzwierciedlają nędzną egzystencję mojej osoby. I on tam jest, tkwi na samym szczycie — telefon, powinnam zadzwonić, ale dziś tego nie robię — dziś nie dzwonię, choć chodzę, choć żyję choć odrobinę. Ale nie dzwonię. Milczę względem niej i boli mnie fakt, że tracę taką szansę, jedną na milion szans, które przesypiam w nie—śnie w łóżku, kiedy nie chodzę, nie wstaję, nie żyję.
Ale dziś nie dzwonię, chcę spotkać się twarzą w twarz — tak mocno, tak okrutnie. Ona wie, czego pragnę — przegrać, porzucić, poddać, odrzucić tę szansę na mierzenie się z życiem — wolę uciec jak tchórz, uwolnić się za wszelką cenę, dążyć po trupach ku upragnionej wolności, gdzie życia nie ma, gdzie wszystko jest proste, gdzie nie boli najmniejszy, najostrożniejszy ruch.
Więc nie zadzwonię i popatrzę — tam, za okno, tak blisko wolności, tak daleko zarazem.
Chwilę patrzę. Potem…
…frunę. Nikt mnie nie zatrzyma.



7 komentarzy:

  1. Skomentuje oba.wspolczuję jej. Zastanawiam się,na co choruje jej matka.i ona sama.dlacxego nie dopuszcza do siebie ludzi? Jednoczesnir jej wrażliwość na naturę, na otoczenie. To piękne,ale i w jakis sposob przerazajace. Przejmujący tekst i z pewnością w jakis sposob intrygujący; czekam na następne czesci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie! Pytania i wszelkie wątpliwości pozostawię bez odpowiedzi, coby dalsza część mogła stopniowo rozwiewać niektóre z nich, a te, które powinny, niech zostaną wielką niewiadomą, polem do własnych domysłów. Cieszę się, że udało mi się stworzyć coś, co wywołuje w jednej osobie skrajne emocje. Dziękuję! ;*

      Usuń
  2. „To dobry dzień by odlecieć” – bardzo mi się to podobało. W ogóle cały fragment o tym ptaku i przemyśleniach bohaterki był taki… magiczny. Jestem zdumiona, jak bardzo potrafisz operować słowem i pokazywać emocje. Czytając rozważania dziewczyny czułam w nich niesamowitą prawdziwość. Te pytania czym jest życie, po co żyć, jaki w tym sens są tak pierońsko naturalne i wryte w naszą egzystencję, że nie sposób nie przystanąć i nie zacząć się nad tym zastanawiać, gdy ktoś inny to robi. Poza tym świetnie to połączyłaś z tym ptakiem. Bohaterka zastanawiała się nad własnym życiem, w którym chyba nie widzi sensu, po czym zaczęła też myśleć o życiu kompletnie innym – trochę obcym i o wiele mniej zrozumiałym i… wydawałoby się, że o wiele mniej sensowym. A to chyba tylko pogłębiło jej stan zadumy. Bo ona też chciałaby odlecieć. Tylko dokąd?
    Nie mam wątpliwości, że to stan jej matki sprawia, że dziewczyna nie chce już żyć. Ta kobieta jest chora, umarła, leży w śpiączce? Jedno jest pewna, nie odpowiada na telefon, a bohaterka czuje, że żyje tylko wtedy, gdy dzwoni. Okropna, przerażająca sytuacja… I wydaje mi się, że (paradoksalnie!) nie zacznie na nowo zyć, jeśli nie przestanie dzwonić. Bo to ją hamuje, wypełnia, nie pozwala iść dalej.
    Bardzo podoba mi się to opowiadanie. Jest takie… oczyszczające, choć bardzo smutne. Mega!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, tak pięknie to napisałaś, że aż mi ciepło na sercu, że taki obraz dało się wyciągnąć z tego tekstu ♥ Emocje to jedna z rzeczy, które chciałabym opisywać właśnie tak, by przepełniały cały tekst dogłębnie, nie wiem dlaczego, ale po prostu - chciałabym osiągnąć kiedyś taki efekt, że ktoś po przeczytaniu czuje całym sobą to samo, co bohater. I marzę tak sobie cichutko, że kiedyś się uda.
      Pozwolę sobie milczeć na temat niedopowiedzeń, pytań, tajemnic tekstu, bo dalsza część powinna nieco - może czasem więcej, wytłumaczyć. A jeśli tak nie będzie - więcej miejsca do własnych domysłów. Interpretacji. Własnej historii.
      Dziękuję ogromnie, naprawdę! Ściskam mocno! ;*

      Usuń
  3. Zawsze się zastanawiam skąd biorą się tacy ludzie jak twoja bohaterka. Tacy, których świat i życie nie cieszy, którzy myślą, że dalsza egzystencja nie jest już w stanie im niczego ciekawego zaoferować. Niby wiem co to depresja i na czym polega, miałam o tym dużo wykładów, ale jakoś nie godzę się z wiedzą, którą wykułam na blachę, bo kłóci się ona z obserwacją biednych, ubogich, tych z ogromnymi problemami, którzy walczą by życie wygrać, a tu, niby zdrowy człowiek, nie wiadomo z jakim problemem, ale z pewnością z jakąś błahostką myśli o śmierci. To chore, poczynania takich ludzi są chore. Czasami, gdy widziałam ludzi chorych na depresje i poznawałam powody ich załamania oraz to jak wyglądało ich życie, to dochodziłam do wniosku, że od dziecka mieli za łatwo, że było im za prosto, dlatego potem, gdy przyszedł najmniejszy problem to oni polegli. Jakby byli niezahartowani (nie wiem czy to odpowiednie słowo), ale gdzieś tam stwierdziłam, że winę ponoszą rodzice, że dziecko nie może mieć wszystkiego, nie może uważać, że zawsze wygra, że wszystko jest w stanie zdobyć. Musi rozumieć, że się myli, że ma prawo i powinno kilka razy w życiu polec, choćby po to by móc wstać. Ludzie z depresją to tacy, którzy pragnęli latać nie mając skrzydeł i nie umiejąc, nie ucząc się upadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam szczerze, że ten komentarz odebrałam w bardzo negatywny sposób, zdaje mi się, że nie potrafię zgodzić się choćby z jednym zdaniem w nim zawartym.
      Ludzie po prostu się rodzą, przychodzą na świat tak, jak każdy inny człowiek, a fakt, że ich życie potoczyło się w ten, nie inny sposób, jest składanką wielu elementów, dostrzegalnych i tych nieosiągalnych dla wzroku - zmysłów otoczenia. Często nawet dla jednostki, która doświadcza przedstawionych wyżej stanów. Nie spieszyłabym się z przyklejaniem bohaterce łatki "depresja". Stanowczo zbyt często posługujemy się tym terminem, szafujemy nim na prawo i lewo; a to nie ona jedna jedyna jest sprawczynią ogólnie ujętej "niechęci do życia".
      Podany przykład ubogich, którzy tak mocno walczą, jest tylko jedną stroną medalu i niezwykle stronniczym podejściem - tak, jakby ludzie zamożni nie walczyli każdego kolejnego dnia o to, by żyć. Też to robią, ale większości ludzi, którzy nie znajdują się na ich poziomie majątkowym, zdaje się, że ten kto ma dużo, nic nie musi robić - że ma szczęśliwe i wystarczające życie, że przecież ma wszystko. I ta zazdrość, że ja nie mam, a on ma.

      "nie wiadomo z jakim problemem, ale z pewnością z jakąś błahostką myśli o śmierci."

      I tu wchodzi to całkowicie niezrozumiałe dla mnie ocenianie poniekąd bohaterki, bo nie znając do końca jej problemu, czegoś z czym musi walczyć i wyraźnie nie daje sobie rady, dochodzisz do wniosku bardzo szybkiego - że to na pewno jakaś błahostka. Trzeba jednak zastanowić się, czy punkt widzenia nie zależy od punktu siedzenia. Coś, co dla nas zdaje się tą błahostką, szczegółem niewartym uwagi i zatrzymania, dla kogoś innego może być rzeczą, której przeboleć nie potrafi, z którą choćby walczył nieustannie, nie umie sobie poradzić. Ludzie są różni, inaczej odbierają niektóre bodźce, inaczej podchodzą do konkretnych aspektów życia. Mamy takie problemy, jakie rzuca przed nami życie - każdy na swoją miarę. I śmieszą mnie te powiedzenia, że my, w krajach poniekąd cywilizowanych tak mocno ubolewamy nad stłuczonym smartfonem, kiedy dzieci w Afryce nie mają wody, nie mają jedzenia. Tak, na pierwszy rzut oka wydaje się to być rażące w skali porównywania tych dwóch problemów. Bo gdzież można w ogóle porównać brak jedzenia do braku smartfona! Ale potem trzeba się jeszcze zastanowić nad tym, czy to nasza wina, że zostaliśmy zesłani przez życie w takie, nie inne warunki - fakt, że żyjemy w stabilizacji i warunkach wystarczającego dostatku, ma sprawiać, że nie możemy korzystać z wszelkich dobrodziejstw, jakie daje rozwój technologii, kolejne kroki w doskonaleniu wynalazków człowieka? Może stłuczony smartfon jest dla kogoś problemem, bo wydał na niego sporo pieniędzy, które zarobił ciężką pracą i odmówił sobie przez to wiele innych rzeczy. Nie my zdecydowaliśmy o tym, gdzie zostaniemy rzuceni przez los - więc problemy, jakie mamy, jakie mieliśmy i jakie będziemy mieć, są skrojone na miarę środowiska, otoczenia, w jakim się znajdujemy. I to z nimi musimy sobie radzić każdego kolejnego dnia.

      Usuń
    2. Powody załamania się mogą być różne, bardzo różne. I nigdy tak naprawdę nie poznamy historii danego człowieka do samego końca, do najgłębszych zakamarków jego duszy, bo często on sam nie chce i nie potrafi sie niemi dzielić, a co więcej, często on sam nie jest do końca świadom, co tak naprawdę wywołało i wywołuje u niego emocje, uczucia, z którymi ciężko sobie radzić.
      Łatwo to jest nam oceniać innych, znając zaledwie namiastkę ich historii. Bo zawsze myślimy, że to my zostaliśmy obarczeni największymi problemami, że inni przechodzą przez życie prosto, że mają wszystko, a nawet jeśli nie mają, to po prostu na to nie zasłużyli.
      Dlatego strasznie nie spodobało mi się Twoje stwierdzenie, że ludzie cierpiący na podobny marazm i niechęć do życia, po prostu zbyt dobrym i łatwym początkiem, przysporzyli sobie tych problemów. Że najpierw była sielanka, która w końcu musiała się zemścić. Owszem, na pewno są przypadki i podobne historie, ale coś czego nienawidzę z całego serca, to wkładanie wszystkich do jednego worka. Bo przecież każdy człowiek jest inny, inny los go czeka i toczy się na swój odmienny sposób.
      Nie spodziewałam się, że można tak rygorystycznie i jednoznacznie ocenić nawet fikcyjną bohaterkę. Może czas jednak spojrzeć na nią z innej strony, nie tylko jako rozkapryszone i butne dziecko, które z własnego wyboru poddało się i nie zamierza walczyć o dobre życie. Może jest w niej coś więcej, coś, co stale przytłacza i nie pozwala na jakikolwiek ruch w stronę normalnego życia. Może.
      Napisałaś w poprzednim komentarzu, że jesteś chętna do dyskusji, dlatego też mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co napisałam. Po prostu mam inne podejście do oceniania innych ludzi i z góry przyklejania im swoich wymyślonych łatek. Etykietowanie na podstawie znajomości paru aspektów ich życia jest słabe. Po prostu słabe.

      Usuń