środa, 2 listopada 2016

Przepraszam, ja nie umiem życia #5


Wyrok



I wtedy powiedziałam głośno i wyraźnie, że nigdy nikogo nie skażę na wieczność z moją osobą — udźwignę jarzmo samotności, przebrnę przez życie na własną rękę, nie niszcząc niczyjego istnienia niestabilnym emocjonalnie wrakiem człowieka, jakim byłam od zawsze, jakim wciąż jestem i jakim zapewne będę do samego końca. O którym myślę nieustannie, jakoby nastąpić miał całkiem niedługo — lecz nie ubolewam.
I trwałam tak od zawsze, myśląc, że na zawsze powstrzymam się przed wkraczaniem w życia innych osób, przed niszczeniem ich codzienności, przed zatruwaniem każdego kolejnego dnia. W oddali od innych, w skrupulatnie utkanej samotni tkwiłam przez lata i choć często bolało okrutnie, wiedziałam o co walczę, znałam stawkę podjętego wyboru — ratunek dla innych od samej siebie. Mówiłam sobie, że warto, warto dla tych jednostek, które miałyby nieszczęście stanąć na mojej drodze i stać się ofiarą nieumiejętności kierowania podarowanym przez los życiem.
I zbudowałam barierę z niepewności, dystansu i braku zaufania, mocniejszą niż cokolwiek innego, stabilną i dozgonną, a ta trwała wokoło mimo upływu lat i miałam wrażenie, że wciąż się umacniała. Każdego kolejnego dnia.
Nauczyłam się obojętności przez lata odtruwania świata od samej siebie. Maska nie jest już potrzebna, bo prawdziwa obojętność stała się dla mnie czymś normalnym, przejęła moje wnętrze, objęła w swoje chłodne ramiona i nie chce puścić — na szczęście. Więc idę przez życie bez uczuć, niewzruszona na bodźce, wyzbyta współczucia, bezbarwna dla otoczenia. Chcę dotrwać jedynie końca z podjętym postanowieniem.
— I było już tak dobrze — mówię teraz do siebie, łaknąc na powrót tej niewzruszonej obojętności, łapię ją garściami, ściskam i wciskam na nowo w swoje wnętrze, bo nie umiem sprostać sytuacji, w której ona zaczyna topnieć, ulatniać się i wpuszczać na swoje miejsce choćby strzępki uczuć.
I wciąż powtarzam głośno i wyraźnie — nigdy nikogo nie skażę na wieczność ze swoją osobą. Jak mantrę wałkuję te słowa, przemierzając codzienne ścieżki życia i próbując przywołać się do porządku. Chcę wrócić do obojętności i wołam ją rozpaczliwie — wróć i napraw to życie, spraw, by wróciła łatwa beznamiętność wobec tego świata. Ale ona nie wraca, śmieje się perfidnie i chłód powoli ustaje, a ja czuję, że zwariuję, czuję, że tracę zmysły i nie rozumiem, co dzieje się z osobą, która znając tylko obojętność, staje do walki z uczuciami i próbuje im sprostać. Na marne.
I trwam tak w rozpaczliwej niemocy, bo nie rozumiem życia, bo nie wiem, co mam robić, jak przybrać maskę człowieka, który umie żyć.
Widzę rysę na murze budowanym przez lata, zdawało się nie do przejścia, ale on mimo iż wciąż wytrwale chroniący mnie przed światem, nie stanowi już bariery wszechmocnej — pęka niepostrzeżenie, powoli, stopniowo, a ja tak mocno boję się chwili, gdy delikatna rysa nie będzie już rysą, a pustką łączącą mnie z życiem. I nie wiem, czy sobie poradzę, czy będę umiała sprostać wymaganiom normalności, której nigdy nie doświadczyłam, a z którą walczyć będzie trzeba nieudolnie. Tak proszę o powrót do przeszłości, kiedy nie musiałam martwić się uczuciami, bo skryte głęboko, na samym dnie zobojętniałej duszy, jawiły się jako martwe  — chcę zabić je na nowo.
Bo tak prosto, tak łatwo, tak spokojnie jest żyć bez uczuć.
I powtarzam znów głośno i wyraźnie — nigdy nikogo nie skażę na wieczność ze swoją osobą. A wiedząc, że tak być powinno, że nie ma innego wyjścia, by uchronić innych przed zepsuciem i bólem, ostatkiem sił próbuję odsuwać się jak najdalej, jak najmocniej, błagając o powrót do klosza obojętności.
I wtedy pojawia się on, tak patrzy, tak żyje, tak miesza w moim umyśle, który nie rozumie, co tak naprawdę dzieje się w tym momencie i desperacko próbuje bronić się przed nieznanym — ucieka, ignoruje, odwraca wzrok i łka wewnątrz głośno i wyraźnie, że tak właśnie trzeba, bo nigdy nikogo nie skażę na wieczność ze swoją osobą. Tyle że wtedy z obojętności nie pozostaje nic, bo serce krwawi okrutnie, boli nadzwyczaj i rozrywa wnętrze na strzępki, sprawiając ból sroższy niż wszystko inne. A ja nie umiem sobie z tym poradzić i walczę sama ze sobą, z egoizmem, który coraz mocniej zaczyna wołać o danie sobie szansy, o te chwile ukojenia i zbliżenia, które natychmiast tłumię i tłumaczę sobie po raz kolejny — nigdy nikogo nie skażę na wieczność ze swoją osobą.
Więc nie zatruwam mu życia, odchodzę jak najdalej, chowam się za resztkami burzonej powoli bariery i tylko zerkam nieśmiało zza balustrady bez uczuć, by choć przez moment napawać swoją duszę widokiem tak pożądanym, jednocześnie tak zakazanym zbyt wiele znaczy to życie dla mnie, by zatruć je swoją osobą.
I tak sobie powtarzam każdego kolejnego dnia, każdej kolejnej chwili, gdy jawi się przede mną i znów patrzy i miesza w moim umyśle, bo to jedyny sposób, by miał szansę na życie, na jakie zasługuje — bez zmagania się z namiastką człowieka, który nie umie życia.
Przeklinam siebie w duchu za ten brak człowieczeństwa, za ułomności życiowe, które skazują mnie na dźwiganie brzemienia coraz cięższego i coraz bardziej przytłaczającego, i pytam siebie co chwilę — jak długo to jeszcze zniosę, jak długo sobie poradzę. I nie znam odpowiedzi, bo z dnia na dzień jest coraz gorzej. Tak mocno wyrywają się pragnienia bycia człowiekiem, bycia z człowiekiem, poczucia tej normalności, ale równie mocno walczą myśli trzymające się powziętego wyroku  — nigdy nikogo nie skażę na wieczność ze swoją osobą.




7 komentarzy:

  1. Dlaczego ona uznała tak za pierwszym razem?dlaczego w ogole stworzyła taka wizje sama siebie,jak zdołała przekonać sama siebie,Ze nie jest warta innych ludzi?ludzie nie mogą ot tak w ten sposob żyć,jakoś nie chce mi się wierzyć,zeby myslala tak od małego.wiec dlaczego?chcialabym,zeby on nie przestawał próbować do niej dotrzeć.on-brązowe oczy.bo ten mur musi zostać zburzony,musi.on chyba to rozumie.mam nadzieję.dlatego przychodzi.to chyba najbardziej poruszający rozdział z serii.ona krzyczy o pomoc.krzyczy o szanse.i ma od kogo ją dostać.niech ją dostanie!
    Zapraszam na Niezależność na nowosc.nadal jestem tak poruszona,ze trudno dobrać mi słowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej kwestia stopniowego wmawiania sobie takiego stanu rzeczy, ale nie wydaje mi się, by był moment szczególny, kulminacyjny, który przyczynił się do takiego postrzegania, sama nie zauważyła, kiedy przestała wierzyć, że zasługuje na cokolwiek, ot - tak jest i nie ma już nadziei na zmianę. Zdaje się, że ona nawet jej nie chce, bo nie umiałaby żyć na równi z innymi ludźmi, nawet nie umie sobie tego wyobrazić.
      Dziękuję ślicznie, nawet sobie nie wyobrażasz jak mocno ściska moje serce fakt, że tu jesteś! Dziękuję ;*

      Usuń
  2. Jestem bardzo ciekawa, jakie wydarzenia, jakie słowa, jacy ludzie, których spotkała na swojej drodze przekonały ją do tego, że nie jest nic warta. Czemu tak usilnie wmawia sobie, że nie może się do nikogo zbliżyć, bo go skrzywdzi. Chce być sama, myśląc, że tak jest lepiej, a moim zdaniem ona się w ten sposób jeszcze bardziej krzywdzi. Nie da się przeżyć życia samemu, bez innych ludzi. Kilka dni, tygodni, miesięcy... może, ale nie całe życie. Bo w końcu człowiek zaczyna szaleć od nadmiaru siebie samego. Jeśli spotkałabym taką osobę w realnym świecie to powiedziałabym jej: naucz się żyć z ludźmi, a nie żyć bez nich. Ach kibicuję tym "brązowym oczom", żeby zdołały się przebić przez ten mur! Bo jesli one jej nie uratują, to chyba nikt ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba jeszcze zadać pytanie, czy ona sama wie, co sprawiło, że tak postrzega siebie i świat dokoła. Nie znając przyczyny, cięzko jej znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie. Z kolei w sytuacji, gdy jest ona oczywista - może wcale tego nie chcieć. Może tak jest jej łatwiej. Z drugiej strony łatwo dać radę, nawet najlepszą, nigdy nie wiemy jednak na jaki grunt ta rada padnie - czy ma tyle siły, tyle chęci, by nauczyć się żyć z ludźmi.
      Dziękuję! ;*

      Usuń
  3. No i gdzie ta rozmowa z matką? Nie ma? Nie będzie?
    Rozumiem strach przed skrzywdzeniem innej osoby, skoro samemu notorycznie krzywdzi się siebie, ale z drugiej strony wiem, że w miłości jest tak, że jeśli nie umiesz skrzywdzić, to nie potrafisz kochać. Zazwyczaj najwięcej bólu sprawiamy tym, których kochamy, bo bolą ich nasze błędy, nasze porażki, nasze złe wybory, nasze gorzkie słowa, ale też te, które oni sami do nas skierowali lub to co inni złego nam uczynili. Miłość to cholerny ból, ale bez miłości tak naprawdę nie ma nic i nie mówię tu o wyidealizowanym uczuciu, zakładaniu rodzin, itd. Miłość do samego siebie też jest ważne i wcale nie musi być narcystyczna. Jeśli nie umiemy kochać siebie, to chcemy z sobą skończyć - tak to niestety zwykle wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będzie. Ale to już na pewno miałaś okazję zauważyć.
      Aby przejść do etapu jakiejkolwiek miłości, bohaterka musi najpierw osiągnąć poziom samoakceptacji, tego, że zasługuje na to, by być kochaną. Ale to przychodzi jej niezwykle trudno, nie umie dopuścić do siebie świadomości, że ona mogłaby być dla kogoś tą jedyną osobą, że sam jej widok i obecność sprawia komuś największą nagrodę. I chociaż ona kocha, to sądzi, że ta druga osoba bardziej zasługuje na szczęśliwie życie bez niej - bo ona szczęścia nigdy dać nie zdoła.

      Usuń
  4. Dołączam się do teamu brązowych oczu!
    W sumie podczas czytania przypomniał mi się cytat z anime, nie wiem, czy do końca tutaj pasuje, ale myślę, ze autorka będzie wiedziała :3
    "Fałszywe łzy ranią innych ludzi. Fałszywe uśmiechy ranią nas samych."
    Przypomniał mi się chyba dlatego, ze bohaterka robi wszystko, by odsunąć się od ludzi dla ich dobra. Choć ja mam wrażenie, ze robi to też ze strachu przed odrzuceniem i ponownym zranieniem. Może takie wymawianie sobie, że jest nic nie warta i że ciągle krzywdzi ludzi to tylko reakcja obronna przed strachem? Choć nie wiem, czy tutaj czasem nie nadinterpretuję ._. Ale wierzę w brązowe oczy, myślę, że one też w nią wierzą. Czasami świadomość, że ktoś w nas wierzy jest bardziej krzepiąca niż nasza własna wiara w siebie.
    Piękne powtórzenia >.<
    Lecę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń