czwartek, 10 listopada 2016

Przepraszam, ja nie umiem życia #6


Szum



I morze szumi tak głośno, ja słyszę szum nadzwyczaj.
Bo stoję i czuję i słyszę i patrzę, choć oczy mam zamknięte, a uszy spowite nicią obojętności już dawno nie słyszały  —  najpierw ludzi, potem świata, wreszcie życia.
Teraz słyszą.
Szumi tak nieziemsko, tak kojąco szumią fale tam w oddali, kołyszą się uroczo, muskają krańce świata i szepczą tylko do mnie, że jest dobrze, że znów słyszę. A ja im wierzę i myślę, że naprawdę nie jest źle, że nawet coraz lepiej.
Wypełnia mnie szum dogłębnie i szumię jakby sama, unoszę się nad światem, zostawiając wszystko w tyle i gnam tak ku upragnionej wolności, którą dają fale — nie otwieram oczu, by nie stracić ukojenia, które trzyma mnie w stanie nieskazitelnej ekscytacji, a uszy same słyszą, same wydostały się z amoku niesłyszenia, który splątał je przez wszystkie dotychczasowe lata i uniewrażliwił na świat.
Szumi. Jeszcze szumi.
Potem wracam, odwracam głowę, otwieram oczy i patrzę.
Ściska wnętrze widok tak pożądany, tak upragniony, lecz wyrzuty nie dają spokoju  — i ranią i krzyczą i mówią tak głośno, że tak nie można, że tak być nie powinno.
Naruszona pościel przykrywa częściowo łóżko, jej biel pozostaje nieskażona, spogląda na mnie okrutnie, jakby krzyczała głośniej, coraz głośniej mówiła, że tak nie można, że tak być nie powinno. I czuję jeszcze to ciepło, czuję gorąco, jakie od niej bije, rozpalone posłanie woła tam z powrotem i przyciąga bezczelnie, ale ja wiem, że nie mogę, że tak być nie powinno.
Biel idealnie komponuje się z jasną skórą przezierającą przez nieidealne fale tworzone przez pościel, która unosi się delikatnie, równomiernie. Bije stamtąd spokój i bezpieczeństwo. Chcę wrócić, chcę znaleźć się tuż obok, przylgnąć na powrót do pozostawionego ciała, dającego więcej ukojenia niż cokolwiek na świecie, chcę na nowo napawać się jego ciepłem, chcę wrócić — powrócić do życia. Ale wtedy woła, woła wszystko tak głośno — tak nie można, tak być nie powinno.
I stoję i patrzę i łaknę tam szumi, szumi tak okrutnie, że to życie właśnie.
Dokonam więc wyboru.
I stoję nie widzę porzucam tam szumi, szumi coraz ciszej, że to życie właśnie.
Odwracam się powoli, chwytając resztki życiowego szumu i błagam, by wypełniał mnie choć przez chwilę, na nowo, tak proszę, tak łkam żałośnie nad własnym istnieniem — szumi, wciąż daje ukojenie, więc stoję tak i wszelkie siły wytężam, by stan ten zapamiętać, by odtwarzać go wciąż i wciąż na nowo, by oszukiwać głuche ciało każdego kolejnego dnia — uczę się więc udawać życie, a chociaż boli nadzwyczaj, innego wyjścia nie mam. Oddam swoje, by uwolnić jego od mojej słabej osoby.
Nauczę się uśmiechu — by zakryć wszystkie łzy, potem przygarnę maskę radości — by serce łkało samotnie, wdziewam przybranie człowieczeństwa — by nieudolność życia została tajemnicą; biorę wszystko po kolei: uśmiech, radość, szczęście, ludzkie odruchy, współczucie, oddanie, litość i uczę się, jak dyrygować nimi, zarazem swoim istnieniem.
Jestem dobrym uczniem.
Szum ustaje powoli, oddala się razem z życiem, ja wyciągam ręce rozpaczliwie, bo jeszcze nie umiem życia, tyle mam jeszcze do nauki, tyle do przyswojenia, a ono odchodzi tak prędko, więc łapię ostatnie iskry człowieczeństwa, skrywam głęboko i nie chcę oddać, bo tak mocno pragnę, by trwały choć chwilę dłużej, choć moment kolejny dawały ułudę normalności.
A kiedy szum ustaje, znika całkowicie, już wiem, że to koniec — wybór dokonany. I wiem, że jest dobry, choć boli nadzwyczaj, rozrywa wnętrze tysiącami macek, które niewzruszenie oplatają każdy najmniejszy fragment mojej duszy i pozbywają się ich tak zawzięcie, coby pustka wypełniła mnie doszczętnie. I ostatkiem zakotwiczonych pragnień wyrywających się na zewnątrz, jeszcze nie zniszczonych przez mrok mego wnętrza, odwracam się na nowo i patrzę i widzę i żal ogromny spowija mnie znowu, bo niewzruszona biel pościeli bije i rani tak okrutnie — idealnie zaścielona płachta przykrywa zimne łóżko. Bije stamtąd smutek i samotność. Nie chcę tam wracać, nie chcę na nowo doświadczać tego chłodu, tej wiecznej pustki i bezradności, która każdego kolejnego dnia będzie sprowadzała mnie na dno udawanego istnienia, nie chcę tam wracać — chcę wrócić do życia.
Ale wtedy woła, woła wszystko tak głośno — tak musi być, tak być powinno.
Wierzę.
Wiem.
I stoję i patrzę i widzę nie słyszę, już nie szepczą, skończyło się życie. Jego się zaczęło. Lecz ja nie czuję niczego — na próżno bólu szukać czy cierpienia w duszy spowitej chłodem i obojętnością.
Więc stoję tak i patrzę niewzruszenie i wzruszam ramionami, bo wszystko jest tak, jak być musi, jak być powinno.
I tylko gdzieś daleko, jakby na krańcach duszy, tkwi jeszcze zawieszony obraz, którego już nie rozumiem — ja stoję i patrzę i widzę i słyszę i mówię:
— Słyszę jak jeszcze wciąż szumi. Jutro mogę ogłuchnąć.
Potem wszystko znika. 

9 komentarzy:

  1. Ale moze,skoro on potrafi pomoc,to i Uśmiech nie zawsze bedzie sztuczny? Podobał mi sie bardzo zabieg z zaprzeczeniami czasowników, przemyślany i bardzo wymowny.
    Ona wciąż jest pomiędzy i zastanawiam sie,co wygra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A te dwie serie sa tak do sobie podobne...ze mogą byc czytane jako całość

      Usuń
    2. Jejku, dziękuję znowu! Czasem naprawdę mam ogromną ochotę przeprosić za to, że musisz to czytać, naprawdę. Chciałabym tylko pozbyć się tego balastu i już do niego nie wracać.
      Dziękuję! ;*

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem tego jak potrafisz oddać emocje i bawić się słowami. W tym tekście jest tyle prawdziwości, tyle realnych obaw i pragnień, że aż ciężko mi to skomentować... No bo co tu można dodać, skoro tekst sam w sobie jest tak wymowny? Z wielką niecierpliwością czekam na kolejną część! Bo chociaż to tylko fikcja literacka, to jestem bardzo ciekawa, jak ta historia się zakończy... Chwyta za serce, naprawdę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, naprawdę nic milszego nie mogłam usłyszeć, i napiszę tylko ogromne: dziękuję! Z całego serca ♥

      Usuń
  3. To kolejny metaforyczny rozdział, którego nie potrafię zrozumieć. Puste łóżko skojarzyło mi się dosłownie z brakiem seksu, ale jakbym miała kierować się głębszym romantyzmem, to po prostu z brakiem bliskiej osoby. Zastanawiam się natomiast czy bohaterka już odebrała sobie życie, czy może jeszcze dycha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam w głównym zamiarze tego dosłownego przekazu, co nie znaczy, że jest on zły. Występuje tu porównanie dwóch obrazów życia, jakie bohaterka głęboko pragnie mieć, ale czuje, że nie może i tego, jakie ma, a którego nienawidzi równie mocno, jak mocno pragnie tkwić w nim, by nie skazywać drugiej osoby na życie ze sobą.

      Usuń
  4. Chyba jednak cytat z poprzedniego komentarza bardziej pasuje tutaj XD
    W sumie mnie również ciężko skomentować, ale również wierzę, ze jej uśmiech nie zawsze będzie sztuczny i w końcu jakoś się wygrzebie z tej swojej klatki, którą sobie stworzyła. A przynajmniej mam nadzieję na happy end.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba jednak cytat z poprzedniego komentarza bardziej pasuje tutaj XD
    W sumie mnie również ciężko skomentować, ale również wierzę, ze jej uśmiech nie zawsze będzie sztuczny i w końcu jakoś się wygrzebie z tej swojej klatki, którą sobie stworzyła. A przynajmniej mam nadzieję na happy end.

    OdpowiedzUsuń