sobota, 3 grudnia 2016

A irysy zakwitły na biało #1 #2 #3


Ławka

Powiedziałaś, że warto — a ja ci uwierzyłem.
Idiota.
Kręcę głową nad własną głupotą i prycham głośno, nie bacząc na ludzi dokoła. Potem pochylam się nieco, gapię w pokruszoną płytę chodnika i myślę — długo i śmiercionośnie. O ironio.
Myśli to najgorsze, co mi pozostało. Cała resztę zniosę, przetrwam wszystko, tylko nie myślenie. Ono boli najmocniej, okrutnie pali każda pojedyncza myśl. Razem tworzą mieszankę niewyobrażalnie tragiczną.
Znowu myślę — o kim, jak nie o tobie. Każdego kolejnego dnia, każdej kolejnej chwili. A mówiłaś, że przejdzie. Obiecywałaś, że znikną myśli przeszłości — nie przeszły, tkwią w mojej głowie nieubłaganie, umacniają się z każda sekundą.
Bolą.
Siadam na połamanej ławeczce, nie zdejmując wzroku z ziemi i czekam. Sam nie wiem na co. Coraz częściej zdaje mi się, że nic już nie ma, że nic już nie będzie — bo wszystko już było.
Ty byłaś.
Ale postanowiłaś odlecieć.
I zostawiłaś mnie samego w niedokończonym życiu, niezrównoważonym istnieniu, którego nie umiem poskładać na nowo, bo brak w nim jednego kluczowego elementu, który zniknął tak nagle.
Odleciał.
Ach, gdybym tylko wiedział, gdzie skrywasz skrzydła wolności, zabrałbym je natychmiast, skradł czym prędzej i schował — przed twymi oczyma, rękoma, przed całą tobą schowałbym znamiona wolności, którą wybrałaś nad życie.
Miałaś nie umieć latać.
Mówiłaś, że życie się nie skończy, że wszystko trwać będzie nadal, że będzie nawet lepiej. Wróć i pokaż mi to życie na nowo, wskaż dokładnie, gdzie lepiej choć trochę zastąpi gorzej, które zdaje się nie ustępować nawet na moment.
Idiota.
Bez ciebie nie ma już życia. A przecież możesz wrócić — przecież masz swoje skrzydła.
Masz, prawda?

I wtedy nadchodzi wieczór, ciemność spowija powoli cały świat i wokół robi się pusto. Ja wciąż tkwię na połamanej ławce i czekam, choć nie mam na co. Powiedziałaś wyraźnie — powrotu już nie ma. Dlaczego wciąż mam nadzieję?
Bo bez niej już bym nie oddychał.
Prycham.
Może byłoby lepiej.
Kiedy jestem już całkiem sam, sięgam do torby i wyciągam butelkę białego, słodkiego wina — takiego, którego nienawidzę ja, takiego, które kochasz ty.
Twoje zdrowie. O ironio. Idiota.
— I nie jest dobrze, wiesz? — mówię po chwili, a moje słowa jeszcze przez długie sekundy tkwią w powietrzu nieodwzajemnione. Ach, jak one ranią tę ciszę rozpaczy, więc twoje zdrowie, piękna. Twoje zdrowie.

Patrzę i nie wiem, czy też patrzysz na mnie. Oby nie, nie w takim stanie. Dawno nie byłem w lepszym. Żałosny.

I gdybyś tylko zostawiła znak, jeden, choć drobny, ślad, tam, w górze, na firmamencie spowitym morzem gwiazd, zauważyłbym, naprawdę, odczytałbym go od razu i wiedział, że wszystko jest dobrze, że jest tak, jak być powinno. Więc okaż odrobinę litości i pozostaw cokolwiek — leciutką łunę, mocniejszy błysk, coś, co uratuje mnie choć na moment, choć na chwilę pozwoli przestać myśleć. Skryj na nocnym niebie wiadomość do kogoś, kto wpatruje się w nie każdej kolejnej nocy, leżąc na połamanej ławce i marzy o tym, by polecieć za tobą. Ale wciąż nie ma odwagi. Tchórz.
Pusta butelka ląduje z trzaskiem na chodniku, tuż obok pierwszej, stłuczonej. I nawet połamana ławka staje się wygodna, zostanę tu do rana, może już nie dożyję.
I nie jest już tak tragicznie, myślę. Przecież jestem prawie z tobą, ty jesteś prawie ze mną. I jest prawie tak, jak kiedyś.
Prawie.
Odwracam głowę i patrzę.
Jak nienawidzę patrzeć, gdy widzę, a dziś widzę dokładnie. W końcu wyciągam rękę i drżącym, powolnym ruchem dotykam białego płatka. Nie mogę się nie uśmiechnąć — w końcu zakwitły na biało.




Oczy

I stała nieopodal nieśmiało pochylona, wpatrując się bez ruchu w białe płatki irysów, czas jakby się zatrzymał, a chociaż nie wiedziałem, zastygłem razem ze światem. Sam nie wiem dlaczego. Patrzyłem na drobną sylwetkę adorującą równie maleńkie kwiaty wystające z wazonu, z godnym podziwu zachwytem. Chwila wieczności trwać mogła dla mnie na zawsze, wpatrywać się w nią chciałem jeszcze moment, jeszcze sekundę dłużej, jakby życie zależeć miało tylko od jej obecności przed moimi oczami.
Wstrzymywałem oddech, byle nie zaburzyć zbyt głośnym dźwiękiem magii jej istnienia właśnie w miejscu, w którym los obdarował mnie niezasłużonym darem.
I patrzyłem, jak stoi nieopodal nieśmiało pochylona.
I nie zauważyłem.

Podążałem za nią krok za krokiem i już wiedziałem, że bez niej nie będę istnieć, jak powietrze przedłużała moją egzystencję, nadawała sens wszystkiemu po kolei, gdzie sensu doszukiwać się było dotychczas na próżno.
Delikatne pociągnięcie za rękaw wytrąciło mnie z zamyślenia — o kim, jak nie o niej. I natknąłem się na uśmiech inny niż wszystko na świecie, nieśmiały, niewinnie idealny, przeplatany niezrozumiałym dla mnie smutkiem. Nie musiała nic mówić, podążyłem za nią bez słowa, ścisnąwszy lekko, ostrożnie jej smukłą dłoń. Byle jej nie uszkodzić, byle jej nie utracić.
I dalej nie widziałem.

Stanąłem przed jej drzwiami z sercem tak oszalałym, że ledwo stałem na nogach. Bo muszę ją zobaczyć, bo jak bez niej mam istnieć. Zapukałem ostrożnie, raz, byle jej nie przestraszyć, czekałem, a każda sekunda była gorsza niż piekło najsroższe.
Otworzyła.
I wszystko znów było dobrze, bo ona była, ja tym samym wciąż mogłem oddychać, napawać się jej osobą, spojrzeniem, uśmiechem, dotykiem. Była. Wciąż była tak blisko, patrzyłem z ulgą w jej oczy spowite błękitną mgłą, zatracałem się z każdą chwilą w spojrzeniu, które dawało mi życie.
I nie zauważyłem.

Potem pukałem trzykrotnie, jest, w końcu otworzyła. I tylko dzięki temu wciąż mogłem spokojnie oddychać.
Widziałem. I nie zauważyłem.

Kiedyś nie otworzyła. Musiało jej nie być.
Chyba.

Ledwo dotrwałem, lecz odebrała — niepewnie.
I usłyszałem, zamarłem.

— Idiotka!
Czym prędzej wracałem, nad wszelkie zmysły wytężałem człowiecze możliwości, byle dotrzeć na czas, byle się nie spóźnić, tak mocno zagrożone było wszelkie istnienie, jakie miało dla mnie jakąkolwiek wartość.
Uderzałem co sił, głośne dudnienie niosło się wokół przez długie chwile, rujnując mój spokój istnienia. I modliłem się w duchu, żeby zdążyć, żeby nie było za późno, bo przecież tak tragicznie, tak żałośnie nie zauważyłem, gdy ona prezentowała formę najwyższą obrony.
Gdzie uśmiech skrywał smutek gorszy niż wszystko na świecie, gdzie radosne iskierki paliły tak nieudolnie goryczy smak okrutny — ja nie zauważyłem.
Idiota.

I dopiero, gdy drzwi nieśmiało się uchylają, wpadam do środka przerażony. Bo jej mogło już nie być — tak chciała, tego pragnęła najbardziej. Patrzę na nią z wyrzutem, z sercem skruszonym na części drobniejsze niż ziarnka, bo tak mocno boli jej chęć uwolnienia — niechęć do istnienia. Jak bez niej istnieć mam sam na świecie, skoro jest wszystkim, co mam.
Dopiero wtedy widzę w jej oczach delikatny błysk, że jest dobrze — prawie jak być powinno. Za nią okno na oścież otwarte, tak mocno wołające, tak okrutne zarazem — nie chcę, ale jak jej zabronić, gdy ona tak błaga, tak rozpaczliwie prosi o kredyt zaufania. Wzrok mówi, że wie, co robi.
Nie mogę jej pozwolić. Bez niej to jak bez życia.
Idiota.

Została.

Na chwilę toczyła to życie, ja znów nie chciałem widzieć, mówiłem, że będzie dobrze, że przecież damy radę, że wszystko da się naprawić. Mówiła — napraw to życie.
Ale ja nie umiałem i jak mogłem przyznać, że ona moim jest gwarantem istnienia — tak zabolało, że w drugą stronę wcale tak nie było.

Żyłem, ona trwała. Lecz jak długo istnieć mogła, tkwiąc tak zawieszona pomiędzy życiem nieżyciem, cobym ja mógł być?
Idiota.
Bo nie zauważyłem, jak przykryła niemożność, barierą nadziei na lepsze jutro, którego nie mogła doczekać. I gdybym tylko dojrzał, że każdy kolejny dzień, godzina, sekunda to udręka dla niej niemiłosierna, pozwoliłbym jej odejść.
Z sercem skruszonym na wieki.

Zapukałem leciutko i nie musiałem czekać — była. Obdarowała mnie uśmiechem piękniejszym niż kiedykolwiek, jakby było inaczej — tak wiele miało się zmienić. I wyciągnąłem zza pleców wiązkę nieudolnie skleconą, objęła białe płatki z namaszczeniem najwyższym, radością nieopisaną ujęła mnie kolejny raz, wpatrując się w nie z zachwytem.
Pociągnięty delikatnie za rękę podążyłem za nią. Tak staliśmy w oknie otwartym na oścież, gdzie wolność znalazła upragnioną. Wolność pachniała irysami.

— Jak to będzie wyglądało? — spytałem.
Głupie pytanie. Idiota.
Wzruszyła delikatnie ramionami.
— Wiele się nie zmieni — szepnęła, tuląc białe płatki do piersi.
— Jak możesz tak mówić…
 Nie dokończyłem. Poruszyła się leciutko w moich ramionach i po chwili znów ujrzałem jej twarz nieskalaną zmartwieniem — było jej coraz lepiej. I z oczu wykradł się smutek, i rozpacz malująca się w otchłani błękitu jakby zmalała pod wpływem zrodzonej nadziei, że koniec wcale nie jest tak daleko.
Że nawet całkiem blisko.
— Bo wszystko będzie tak samo — mówiła. — Ty tu będziesz, twoja rodzina tu będzie, twoje życie wciąż będzie parło naprzód, każdego kolejnego dnia.
Zbliżyła swoją twarz do mojej i czułem jej oddech na swoim policzku. Przymknęła oczy, jakby zastygła w błogim śnie. Nie chciałem, nie mogłem przestać na nią patrzeć — tylko to dawało mi życie.
Milczałem.
Nie zasłużyła na obarczenie jej takim ciężarem, ponad siły balast zrzuciłbym na jej barki jednym słowem.
Zostań.

Nie poprosiłem. Nie zabłagałem.

— I w końcu nadejdzie dzień, kiedy zapomnisz — dodała. Natychmiast zaprzeczyłem ruchem głowy, ale była szybsza. Przyłożyła dłoń do moich ust, ja nie walczyłem. — A wszystko stanie się jedynie złudnym wyobrażeniem. I nadejdzie dzień, gdy wszystko będzie zdawało się jedynie odległą przeszłością, fałszywym wspomnieniem, a ja nigdy nie będę istnieć.

Wciąż wiem, że istniała.

I stała nieopodal nieśmiało pochylona, wpatrując się bez ruchu w białe płatki irysów, czas jakby się zatrzymał, a chociaż nie wiedziałem, zastygłem razem ze światem. Sam nie wiem dlaczego.
A gdy podniosła głowę — dostrzegłem w jej oczach, że tylko dzięki niej żyłem. Teraz jedynie istnieję.






Idę spokojnie, przeciskając się pomiędzy ludźmi napierającymi z naprzeciwka. Leciutkie płatki śniegu otulają mnie z każdej strony, tworząc przestrzeń iście bajkową — białą. Krok za krokiem docieram do wyznaczonego celu, połamana ławeczka jawi się przed moimi oczami, przykryta grubą warstwą śniegu.
Pochylam się więc nad nią powoli i zwinnym ruchem ręki zgarniam puch na ziemię.
Potem siadam.
I siedzę tak kolejny dzień, myśląc boleśnie o przeszłości. Przyszłość to dla mnie tajemnica nie do rozwikłania — upragnione staje się jej niedożycie, ale odwagi wciąż nie nabrałem, mimo miesięcy cierpienia w samotni utkanej z najwyższego bólu i rozpaczy.

Pochylam nieśmiało głowę i patrzę — biały puch spowił wszystko, lecz w rękach dzierżę to, co on skrywa teraz pod swoją powierzchnią. Trzy białe irysy.
I uśmiecham się na sam widok, bo wiem, że ty zrobiłabyś to samo. Przytuliłabyś do serca kwiaty podarowane, a ja znów napawałbym oczy widokiem tak pożądanym, tak upragnionym, niedoścignionym zarazem.
Myślę, składam w głowie słowa nigdy nieujawnione przed światem — nigdy ich nie usłyszysz — zachowam je dla serca złamanego na zawsze.
Musisz tylko powiedzieć, jak długo cię nie będzie, ja spakuję na drogę walizkę pełną wspomnień — wypcham ją mocno po brzegi tak, by ślady przeszłości zmusiły cię do powrotu.
A jego przecież nie będzie.

I spowiłaś uśmiechem ostatnie pożegnanie. Pamiętam to dokładnie, do dziś wspominam uśmiech najpiękniejszy, jaki dostałem na koniec. I gdybym tylko mógł choć raz, ten ostatni, znów napawać wzrok tym idealnym zjawiskiem, życie znów nabrałoby sensu, znów mógłbym żyć, nie trwać nieudolnie w oczekiwaniu powrót.
Bo gdybym tylko dostrzegł, choć raz, choć przez moment, skrzydła wolności tak nieudolnie tkane każdego kolejnego dnia, każdej kolejnej chwili, wszystko byłoby łatwiejsze. Teraz wiem, że się spóźniłem. Za późno przejrzałem na oczy.

Wstaję, zrobiło się ciemno. Białe płatki wciąż opadają spokojnie, skrząc się w pomarańczowym świetle latarni. Spoglądam tęsknie w niewzruszone niebo, potem w granitową płytę, z której po chwili zgarniam nieco puchu. Kładę trzy białe irysy i chociaż serce znów boli okrutnie — kruszone niemocą każdego dnia, odchodzę.
Za późno przejrzałem na oczy.

Dziś mogę tylko marzyć:
że ciągle jesteś
że tylko cię nie widać.


5 komentarzy:

  1. no nie... Ona własciwie byla niesamowią egoistką. nie myslala o nim zupełnie... a on? Kurczę... Mówi, że nie widzial, nie zauważał, ale w jakims sensie coś widział. Bo bał się o nią, bał się, gdy pukał, a ona jeszcze nie otworzyła, bał sie, gdy dzwonił, a ona jeszcze nie odebrała. Więc podświadomie, a i w jakimś sensie świadomie wiedział, że nie jest z nia dobrze. I wlaściwie on zdawal się na to godzić, w tym sensie,że w tym jego niewypowiedzeniu "zostań" nie było przegranej, mnie sie wydaje,jakby on w ogóle nie podjął walki o nia i zastanawiam się dlaczego. Dlaczego? I dlczego ona nie potrafiła dojrzeć w nim życia? Nie wiem, czy on sobie poradzi, ale mam wielką nadzieję,ze tak. Może te irysy koniec konców staną się radosne. Przecież one włąsnie to znacza. A ona? czy naprawdę znalazła te swoją upragnioną wolność? Mocne zakonczenie. i właściwie niestety nie spodziewałam się innego. Podoba mi się, że pokazałaś toz jego perspektywy, bardzo. i że pokazałas to samo, co widziała ona, ale inaczej. Mniej istotne było okno, niemal w ogóle, za to istotna była ona i irysy... Jak zwykle sposób tworzenia zdań mnie urzekł. Jestem bardzo ciekawa Twojego kolejnego opowiadania! Czekam na nie z niecierpliwością i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie za wszystko, za przeczytanie, za każdy kolejny komentarz i ujawnione odczucia względem każdego tekstu; to najważniejsze, co mnie spotkało i jestem ogromnie wdzięczna. Zwykłe dziękuję nie wystarcza.
      Interpretację, oceny bohaterów pozostawiam do zupełnie własnej interpretacji - ingerować nie będę, bo jest to zupełnie niepotrzebne.
      Dziękuję raz jeszcze i weny! ;**

      Usuń
    2. Nie ma za co, robiłam to z przyjemnością.
      Tak, w takim tekście to niepotrzebne, choć pewnie dla Ciebie jako autorki interpretacja inych mże być czasem ciekawa :p zawsze sie zastanawiam, szczególnie w poezji, czy ci poeci wszyscy się w grobach nie przewracaja, jak się niektóre wiersze omawia na polskim :d
      Zapraszam Cię na niezaleznosc-hp.blogspot.com na nowość i życze wesołych Świąt

      Usuń
  2. Nie wiem, czy już Ci to pisałam, ale ogromnie podoba mi się to, ile mądrości wkładasz w swoje słowa. Są zdania, które po prostu rozwalają mnie swoim przekazem!
    Chociażby "Jak nienawidzę patrzeć, gdy widzę, a dziś widzę dokładnie", "Myśli to najgorsze, co mi pozostało". To są proste, zrozumiałe dla każdego zdania, a jednak jest w nich drugie dno, głębia, z którą nie sposób się nie zgodzić. Są do bólu prawdziwe i czasem aż się przy nich zatrzymuję, żeby pomyśleć. tak po prostu.
    Zmuszasz mnie do refleksji swoimi tekstami! ;D

    A jeśli chodzi o treść, to uważam, że dziewczyna mimo wszystko była straszną egoistką. Wybrała najłatwiejszą opcję, a przecież miała dla kogo żyć. Chłopak samą swoją obecnością, tym że się nią zainteresował na pewno pokazał, że w jakimś stopniu jest dla niego ważna. Ja widzę tutaj dwie opcje (choć pewnie może być ich więcej): albo jej stan psychiczny, depresja była już tak zaawansowana, że sama nie potrafiła z tym walczyć, albo chciała sobie po prostu ulżyć i mieć wszystko gdzieś. Tak czy inaczej ciężko mi to zrozumieć. Ciężko mi zrozumieć, że ktoś może być tak pogodzony z perspektywą swojej śmierci, by z uśmiechem się pożegnać, a potem tak po prostu zniknąć dla świata. To jest po prostu cięzki temat ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. "Cała resztę zniosę" - całą
    Jak dla mnie oboje byli egoistami. Ona, bo odeszła, zostawiając go za sobą, a on, bo na siłę zatrzymywał ją, by jego życie miało sens.
    W sumie to nie do końca rozumiem, dlaczego niby życie ma być lepsze niż śmierć? Może właśnie jest zdecydowanie lepsze? A skoro tak, to dlaczego usilnie próbujemy ocalić kogoś przed samobójstwem? Po co ratować kogoś, by dalej męczył się na tym świecie? Jak dla mnie ludzie robią to z egoizmu. Czyli przez rzecz, przez którą człowiek odbiera sobie życie. Różnica polega na tym, że to jego życie i toon może zrobić z nim co chce.
    Coś mało optymistyczny kom mi wyszedł ;-;

    OdpowiedzUsuń